Helena Makowska. Zapomniana gwiazda

 
 

Trafiła mi w ręce – z rocznym poślizgiem - książka Aliny Bali „Helena Makowska. Zapomniana gwiazda”. Przeczytałem z zainteresowaniem, choć parokrotnie włos jeżył mi się na głowie. Jak to – zapomniana gwiazda?! Przecież Helena Makowska to polska diva włoskiego kina niemego, upamiętniona w nostalgicznej „Walizce snów” przez Luigiego Comenciniego! No tak, ale kto jeszcze dziś pamięta „Walizkę snów”? Kiedyś, w latach 70., ten film otwierał Akademię Filmową Filmoteki Narodowej, prowadzoną przez profesora Jackiewicza w Iluzjonie, który wówczas mieścił się w kinie Polonia, przerobionym później na teatr Krystyny Jandy. Kto jeszcze dziś pamięta tamten Iluzjon, którego drzwi broniła milicja, kiedy napierał na nie tłum pragnących zobaczyć „Wejście Smoka” z Brucem Lee – na trzy lata przed oficjalną polską premierą?

Ale o tamtym Iluzjonie – i innych, choćby w kinie „Śląsk” czy w sali Pod Kopułą, w budynku Państwowej Komisji Planowania, zwanym „Mincówką” – można by mówić godzinami. Wróćmy jednak do Heleny Makowskiej, bo na to zasługuje. Symbolem włoskiego kina niemego stała się niejako przez przypadek. Comencini potrzebował świadka epoki, a żadna z żyjących gwiazd tamtego czasu nie chciała – z różnych zresztą powodów –pokazać się na ekranie. Był to występ na miarę kreacji Glorii Swanson w „Bulwarze Zachodzącego Słońca” – trzeba było mieć nie lada fantazję, by pokazać się na ekranie po długiej nieobecności, w dodatku ze śladami trudnych wojennych przeżyć na twarzy. A fantazji Makowskiej nie brakowało nigdy.

I to pierwszy powód, dla którego warto było o niej napisać tę książkę. O dziewczynie z szanowanej, warszawskiej rodziny, która – cóż za ekstrawagancja! – zapragnęła zostać artystką i by spełnić to marzenie szybciutko wyszła za mąż. Mąż, przyszły wybitny polski dyplomata, był przyjacielem Aleksandra Hertza, właściciela wytwórni Sfinks, który zaprosił ją, aspirującą artystkę, na plan filmowy. To wystarczyło, by pani Helena połknęła bakcyla. Do realizacji filmu w Sfinksie nie doszło, jednak w 1910 roku Makowska wyjechała do Włoch, gdzie dopięła swego. Wprawdzie mediolańska La Scala nie poznała się na jej głosie, ale kariera filmowa potoczyła się błyskawicznie: nie tylko znalazła się w czołówce włoskich gwiazd, ale szybko nauczyła się wykorzystywać swoją słowiańskość. Już to, że nie musiała występować pod włoskim pseudonimem artystycznym, jest znaczące.

 
 

Kariera Makowskiej rozwijała się początkowo we Włoszech, potem przeniosła się do Niemiec, gwiazda zagrała także w kilku filmach polskich. Miała także interesujące życie osobiste – była blisko związana z włoską rodziną królewską, miała mnóstwo przyjaciół w kręgach artystycznych Rzymu, Berlina i Warszawy. W latach 30. wyszła za mąż za przedstawiciela handlowego brytyjskiej firmy zbrojeniowej, dzięki czemu po wybuchu II wojny światowej trafiła do obozu dla internowanych w Konstancji. Niestety, to uprzywilejowanie było pozorne – na kilka lat trafiła do zakamuflowanego obozu pracy. Po wojnie nie mogła wrócić do kraju – jej brat, znany warszawski architekt Michał Woyniewicz, był silnie związany z sanacją, ona sama uczestniczyła w sponsorowanej przez rządy kilku państw europejskich działalności antysowieckiej. Małżeństwo nie przetrwało próby wojennej rozłąki, ostatecznie osiadła więc w Rzymie udzielając lekcji śpiewu i gry na fortepianie. Także powojenny film dźwiękowy, mimo kilku prób, nie potrafił jej docenić. Zmarła w samotności w Rzymie, w 1964 roku.

Jest w książce Aliny Bali ton, który sprawia, że opowieść o Helenie Makowskiej czyta się ze wzruszeniem. Autorka mieszka w Niemczech i doskonale wie, ile znaczy sukces odniesiony za granicą. Sprawy, które oglądane z kraju nie robią wrażenia, z perspektywy emigranta nabierają właściwych proporcji. Najpierw przez niemal pół wieku usiłowano nas przekonać, że polska emigracja nic na obczyźnie nie osiągnęła, potem przyszła fala emigracji współczesnej, przysłaniając osiągnięcia nie tylko tamtych, wojennych, pokoleń, ale nawet emigracji solidarnościowej, wymuszonej przez stan wojenny. Pietyzm, z jakim Alina Bala podchodzi do swej bohaterki, budzi szczery podziw. Zwłaszcza że pięcioletnia podróż śladem Heleny Makowskiej i jej rodziny odkrywa mnóstwo fascynujących powiązań. To nie tylko świadectwo jednego polskiego losu, ale też kawał polskiej historii (i nie tylko polskiej, zważywszy choćby polsko-niemieckie powiązania Woyniewiczów, od czego wszystko, co doprowadziło do wydania książki, się zaczęło).

Szkoda tylko, że ciekawa i potrzebna książka Aliny Bali nie może służyć za źródło wiedzy filmoznawczej: pada w niej wprawdzie mnóstwo nazwisk, ale – niestety – niewiele dat. Zabrakło redaktora, który zweryfikowałby ogół informacji – pochodzących częściej z kronik towarzyskich niż wiarygodnych źródeł, poprawił pisownię nazwisk i sprawdził tytuły, a przy okazji przypilnował korekty. Bo warto przypomnieć Polakom Helenę Makowską. Pierwszy krok został zrobiony.


Kinopassana. Sztuka oglądania filmów

 
 

Zawód krytyka filmowego staje się coraz trudniejszy. Choćby dlatego, że producenci i dystrybutorzy nas nie lubią. Zaskakujące, jak silna jest ich wiara w to, że wystarczy jedno słowo krytyka, by ludzie nie poszli na film. I to w czasach, kiedy to słowo zostało zastąpione gwiazdkami. Ludzie zwyczajnie nie lubią czytać recenzji – bo za długie lub za dużo w nich spojlerów. Ekonomiczniej jest spojrzeć na gwiazdki. No, chyba że krytyk nazywa się Tomasz Raczek i chodzi do kina na filmy, które wprowadzono bez pokazu prasowego. Wtedy rzeczywiście wystarczy jedno słowo, by producent publicznie groził sądem. Dokładnie tak jak w przypadku „Kaca Wawa” – produktu filmopodobnego (określenie jednego z dystrybutorów, użyte w kontekście innego „dzieła”), którego jedynym celem był skok na kasę. Ale film zobaczył Raczek i się nie udało. 

Przez lata swej działalności krytycznej Raczkowi udało się coś, co w krytyce filmowej jest rzadkością – zdobyć bezgraniczne zaufanie widza. Istotnie, od jego opinii zależeć może powodzenie filmu na ekranach. Umiejętność zdobywania zaufania to wielki dar, w jakimś stopniu Raczek zawdzięcza go swemu mentorowi, Zygmuntowi Kałużyńskiemu. Ale nie tylko. „Kinopassana” – ten dziwny tytuł to odwołanie do hinduskiej sztuki medytacji – odsłania tajniki warsztatu współczesnego krytyka filmowego, który – zdaniem Raczka – nie jest już sędzią ferującym surowe wyroki, nie jest też objaśniaczem fabuł i ukrytych znaczeń, ale przewodnikiem w sztuce myślenia (i mówienia) o filmie. I to myślenia takiego, które pomoże nie tyle lepiej zrozumieć film, ile poprzez to, co widzimy na ekranie, dotrzeć do samego siebie. 

Dla krytyka filmowego w „Kinopassanie” nie ma zbyt wielu tajemnic, jednak wiele kwestii, wyczuwanych – być może – intuicyjnie, zostało nazwanych po imieniu. Na przykład, sprawa tak pozornie oczywista, że odbiór filmu zależy od doświadczenia oglądającego. To oczywiste w przypadku takiego „Shreka”: śmieją się i mali, i duzi, tyle, że każdego śmieszy co innego. Ale w przypadku każdego innego filmu dla sporej części widowni może to być niezwykłe odkrycie: jesteśmy na jednym seansie, a widzimy dwa (czy tylko?) różne filmy. Raczek wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, podkreśla też ważność rozmowy po filmie – wymiany poglądów, ale przede wszystkim punktów widzenia, od których zależy odczytanie dzieła. I od razu podsuwa argumenty – od tych oczywistych, jak rozmowa z Kałużyńskim o filmie „Okręt” (dziejach załogi hitlerowskiego okrętu podwodnego), po te najbardziej osobiste, jak kinoterapia za pośrednictwem telewizora, pozwalająca krytykowi nieoczekiwanie uwolnić się od pewnych dolegliwości. 

Dla Raczka kino jest kluczem do zrozumienia siebie. Nie tylko dlatego, że od poziomu odczytania filmu zależy stopień zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości. Przede wszystkim dlatego, że oglądany film potrafi uruchomić w nas różne poziomy wrażliwości – czasem nawet zaskakująco głęboko ukryte. Nie znaczy to, by każdy film traktować jak seans medytacyjny, ale warto być na to gotowym. Zauroczenie przychodzi niespodziewanie, więc łatwo je przegapić. A strata może być niepowetowana.

 

Jerzy Wójcik – Sformowana energia

 

Odległość od łódzkiej Targowej, gdzie mieści się Szkoła Filmowa, na Plac Zwycięstwa, siedzibę Muzeum Kinematografii, wynosi jakieś 500 metrów, raptem kilka minut spaceru. Ale czasem, by dostać się z Filmówki do Muzeum potrzeba całego życia. Najlepiej takiego, jakie prowadzi Jerzy Wójcik. 

Filmografia Jerzego Wójcika budzi podziw pod każdym względem. Choćby ilością nakręconych filmów – ma ich w dorobku ponad 30, ale przede wszystkim ich doniosłością – spod ręki Wójcika wyszły „Eroica”, „Popiół i diament”, „Nikt nie woła”, „Matka Joanna od Aniołów”, „Potem nastąpi cisza”, „Faraon”, „Westerplatte” i „Potop”, by wymienić tylko te najważniejsze. Kilka prób reżyserskich w telewizji i na dużym ekranie, no i współpraca z Teatrem Adekwatnym, którego gwiazdą była jego żona, Maria Teresa Wójcik. A do tego jeszcze sto kilkadziesiąt tytułów, nad którymi sprawował opiekę artystyczną i pedagogiczną. Równy podziw budzi lista nazwisk przyszłych mistrzów, którzy wyszli z jego pracowni w Szkole Filmowej, prowadzonej wspólnie z Witoldem Sobocińskim. I jeszcze wykaz nagród festiwalowych i branżowych – tych za pojedyncze filmy i za całokształt dokonań.

 
 

Ten imponujący dorobek gwiazdy polskiej sztuki operatorskiej uzmysławia wystawa „Jerzy Wójcik – Sformowana energia”, jak trwa w Muzeum Kinematografii. Jakoś nie po drodze mi do Łodzi, by ją odwiedzić. Ale wpadła w moje ręce niezwykle interesująca książka pod tym samym tytułem, opracowana przez Andrzeja B. Czuldę, Łukasza Grygla i Mirosława Kuźmickiego. Z pozoru jest to katalog wystawy, ale w rzeczywistości trafia do rąk czytelników zastępnik ekspozycji, wystawa w pigułce: wspomnienia z planów wspaniałych filmów, soczyste anegdoty, fragmenty wspomnieniowej książki „Labirynt światła” Wójcika, a nawet naukowe analizy jego dorobku. No i mnóstwo zdjęć – fotosów, werków, plakatów, dyplomów, nagród. Aż zastanawiam się, jak to wszystko mogło się pomieścić w salach wystawowych Muzeum, które określa wystawę (czy nie zbyt?) skromnie – „około 40 wielkoformatowych plansz obrazujących dokonania twórcze tego wybitnego operatora filmowego, 30 plakatów z filmów, do których wykonał zdjęcia, jak też wybór jego nagród filmowych, takich jak na przykład: Platynowe Lwy czy Orły”. 

Książka jest lekturą fascynującą, pozwala przenieść się wraz z Wójcikiem na plan filmowy, a także pojąć – dzięki plakatom z różnych stron świata – zasięg artystycznego (i nie tylko) oddziaływania mistrza. Ale najciekawsze są wspomnienia – zarówno reżyserów, którzy z Wójcikiem pracowali, jak i jego uczniów, aktorów czy współpracowników. Uważnego czytelnika spotka niejedno zaskoczenie: niektóre fakty i wypowiedzi sprzed lat zostały skonfrontowane ze wspomnieniami dzisiejszymi, co czasem przynosi nieoczekiwane puenty. Jeżeli jest prawdą, że zmierzamy w stronę kultury obrazu, gdzie przewodnikami będą właśnie operatorzy – oby tacy jak Jerzy Wójcik – to ta książka jest krokiem we właściwą stronę. Zamieszczone w niej obrazy mówią niemal wszystko. Resztę dopowiada umiejętnie dobrane słowo.

Książka „Jerzy Wójcik Sformatowana energia” jest do pobrania ze strony Muzeum Kinematografii: http://www.kinomuzeum.pl/teksty/archiwum/Sformowa...

Fotografia Jerzego Wójcika - Agata Storer/Filmoteka Narodowa