O mnie

 
 
 

Kim jestem?

Pierwszy film, jaki zobaczyłem w kinie, to chyba „Zakochany kundel”, cudowna animacja Disneya. Pierwszy film niekoniecznie dla dzieci – na pewno „Rio Bravo”. Oba na skrzypiących krzesłach kina „Skarb”, na tyłach Ministerstwa Finansów. Pamiętam nie tylko czasy, kiedy telewizja miała dwa programy, a stara ciotka dziwiła się, że obraz jest czarno-biały, skoro w gazecie napisali, że zaczęli nadawać w kolorze. Pamiętam też wiecznie psujący się telewizor Wisła, który ojciec przytaskał z przyjacielem do domu, by zyskać w oczach sąsiadów – bo to był pierwszy telewizor w okolicy. Wychowywałem się na kinie lat 60. W następnej dekadzie poprzysiągłem sobie oglądać wszystkie filmy polskie, co w wielu przypadkach było decyzją heroiczną, ale można się było przyzwyczaić. Po studiach na warszawskiej Polonistyce trafiłem do Filmoteki Polskiej, potem do dziennikarstwa – dla kilku kolegów to była naturalna droga rozwoju. Pierwszą redakcją był „Filmowy Serwis Prasowy”, pismo dla kierowników kin i dziennikarzy, prezentujące bieżący repertuar i wydawane przez państwowego dystrybutora. Streszczanie filmów i wskazywanie ich zalet nie było wówczas jedyną moją zasługą dla kina w Polsce. Uczestniczyłem także w pokazach, po których nadawano polskie tytuły filmom zagranicznym. 

Mój przyjaciel morderca 

Także wtedy, kiedy w małej salce przy ulicy Mazowieckiej, w Centrali Dystrybucji Filmów, wyświetlano „Terminatora” dla cenzora, plastyka, komisji wieku i kilku dziennikarzy. Po projekcji przeszliśmy do gabinetu kierowniczki Działu Programowego, zaczęła się dyskusja na temat tytułu. „Terminator?” - ktoś nieśmiało zaproponował pozostanie przy tytule oryginalnym. „To u szewca” - zbiła go z tropu jedna z pracownic działu. „To może 'Eksterminator'?” „To całkiem inny film, chodzi na pirackich kasetach” - odpowiedział plastyk. Ostatecznie stanęło na „Elektronicznym mordercy”: to pod takim tytułem film Camerona wszedł na polskie ekrany. Wiele razy słyszałem potem oburzone pytania „Co za idiota wymyślił taki tytuł?”. No, cóż, przyznaję: tym idiotą byłem ja. 

Mój alfabet

Od kilkunastu lat redaguję Alfabet filmowy w Gazecie Telewizyjnej „Gazety Wyborczej”. Swego czasu Alfabet ten miał inne cele niż obecnie – ewoluował wraz ze zmianami koncepcji kolejnych szefów Telewizyjnej. Zawsze jednak budził kontrowersje. Nic dziwnego – o gustach się nie dyskutuje, nie każdy przecież musi cenić Bergmana, nie każdy zachwyca się kreatywnością Judda Apatowa, nie każdego powala uroda Angeliny Jolie czy aktorski kunszt Bruce’a Willisa. Ilość tytułów w moim archiwum zbliża się do 32 tys., nie licząc tytułów alternatywnych (choćby wspomniany „Terminator”, którego puryści ciągle wyświetlają jako „Elektronicznego mordercę”). Opisy zdają się podobne, a dysponując 200 znakami trudno czasem wyjaśnić, dlaczego dodałem lub odjąłem jedną gwiazdkę. 

Moi fani

Nie traktuję Alfabetu jako misji, to rodzaj użytecznego hobby. Cieszę się, że jest czytany i że wywołuje emocje. Ot, choćby te z serwisu Teleman.pl: 

Konrad Zarębski każdy film, który nie został wyreżyserowany przez Wajdę, uzna za gniot. Gdyby np."13 Wojownika" nakręcił właśnie Wajda albo inny Hofman, dałby mu 5 gwiazdek bez zastanowienia. Facet jest beznadziejny, kieruje się własnymi fobiami a nie obiektywnymi ocenami. Na świecie jako krytyk nie zaistniałby w żadnym piśmie. Najlepiej by było, gdyby przestano tego pana cytować i drukować, szkoda czasu na czytanie jego komentarzy. A najgorsze jest to, że nie ma jak mu tego powiedzieć, nie daje do siebie kontaktu chyba dlatego, że boi się krytyki. Jurek 

Na szczęście, są też takie: 

Pan Zarębski, nagradza gwiazdkami filmy z akcentem na "myślenie". "Siekierezada", "Casablanka", "Jak być Kochaną", "Plac Zbawiciela". O gustach się nie dyskutuje, ale Pan Zarębski autor i współautor książek na temat "przelewania" myśli na ekran wg mnie jest debeściakiem! 


Ale akurat autor tego tekstu jest anonimem. Tym niemniej jemu i innym opiniodawcom serdecznie dziękuję.